Zachodź że słoneczko,
skoro masz zachodzić,
bo mnie nogi bolą
po tym polu chodzić,
bo mnie nogi bolą
po tym polu chodzić
Za las, słonko za las,
nie wyglądaj na nas
wrócisz tutaj jutro
jak będzie raniutko,
wrócisz tutaj jutro
jak będzie raniutko.
Mrok, jak kosmaty pies.
Patrz wrzesień już,
czas rozpalić piec.
Posmutniało w ogrodzie i nagle postarzało się.
Miałeś przecież być?
Autobus twój szedł.
Wiem jest już późno.
Wróć w lampy ciepły krąg.
Do szafy płaszcz.
Jabłkami pachnie dom.
Przemoczony poeto siądź,
skończ ten swój niezwykły wiersz.
Pusta kartka i tylko znów ogarek świecy.
Dla ciebie dziś kupiłam ten zielony szal.
Ostatnie jabłka z drzew postrącał wiatr,
a miałeś zerwać.
Zbyt mało ciebie mam.
Kilka mądrych zdań,
to wszystko.
Ta noc bezsenna, długa.
Nieruchomo patrzy we mnie.
Czeka za oknem, stoi w żałobie.
Zegar mnie do snu: tik, tak.
Tak namawia potajemnie,
A ja nie zasnę, co na to zrobię.
Że myślę tylko o tym, co nie wróci mi.
O wszystkim co najgorzej serce smuci mi.
O chwilach, które szczęściu nie liczyły się.
O słowach co w melodię zamieniły się.
A noc bezsenna, długa.
W dłoniach ma różaniec z żelu.
Czeka za oknem, stoi w żałobie.
Myślę tylko o tym, co nie wróci mi.
O wszystkim co najbardziej serce smuci mi.
O chwilach, które szczęściu nie liczyły się.
O słowach co w melodię zamieniły się.
Która godzina? Pierwsza, druga, trzecia, czwarta?
A ja myślę półprzytomnie,
Czy ty tej nocy też myślisz o mnie.